czwartek, 21 grudnia 2023

Traktat o upadku uczelni wyższych, część I

Narysowałem na tablicy kontur kota i podpisałem poszczególne mięśnie

Inni studenci przerwali mi

-Wiemy, jakie kot ma mięśnie!

-Wiecie? - powtórzyłem. - W takim razie nic dziwnego, że potrafię tak szybko nadgonić z materiałem, mimo że macie za sobą cztery lata biologii! 

-fragment książki "Pan raczy żartować, panie Feynman"


Salve, 

bez zbędnych wstępów. Przychodzę dziś wylać trochę żalu na sposób, w jaki funkcjonują uczelnie i jak ten system sam się napędza z powodu wielu czynników. Narzekanie rozgoryczonej boomerskiej duszy w zoomerskim ciele? Być może, nie wykluczam. Przede wszystkim chciałabym jednak pokazać, czemu studia na kierunkach medyczno-przyrodniczych są prowadzone w sposób tragiczny. Dwa i pół roku obserwacji pozwala mi już wysnuć w tym temacie pierwsze wnioski. Rzecz jasna nie mam jak się odnieść do wszystkich kierunków z wyżej wymienionych kategorii, opiszę tylko własne doświadczenia na dwóch kierunkach - biotechnologii i lekarskim, potocznie zwanym medycyną. Choć w sumie pierwsze dwa lata medycyny z medycyną mają mało wspólnego, de facto bardziej adekwatną byłaby nazwa biologia człowieka z elementami analityki medycznej

Zacznijmy od tego, że nie ma jednego winnego obecnej sytuacji. Może w ogóle wartałoby zacząć od stwierdzenia, że obecna sytuacja jest tragiczna, jednak o tym chyba każdy już wie. Trochę winy jest w narzuconych odgórnie efektach kształcenia, trochę jest w sposobie prowadzenia zajęć, trochę w konkretnych prowadzących, trochę w studentach. Wszystkie te elementy nakręcają błędne koło. Jednak takim podstawowym problemem, który w bardzo dużej mierze przyczynia się do eskalacji tej sytuacji, jest przekonanie, że student się nie uczy. Staje się to samospełniającą się przepowiednią. Prowadzący chce za wszelką cenę przyłapać studenta na tym, że on się nie uczy. Więc student, optymalizując czas, faktycznie się nie uczy, nawet nie próbuje zrozumieć tematu. Zamiast tego zakuwa na pamięć długie nazwy, reakcje, niszowe fakty - jakby ktoś go poprosił o wyjaśnienie o co tu chodzi, w wielu przypadkach nastałaby cisza. Ale właśnie o te nazwy czy reakcje najchętniej zapyta prowadzący. Z takich studiów nie da się wynieść nic sensownego (poza zużytymi końcówkami do pipet). 

Oczywiście, można inaczej. Czasem się znajdzie prowadzący, który chce choćby na własnym przedmiocie trochę uzdrowić ten system. Jednak to nie działa. Dlatego, że taką sytuację studenci odczytają na jeden z dwóch sposobów. Albo okej, czyli luźny przedmiot, można się "pouczyć na coś ważniejszego" (czyt. zakuć kolejne dwadzieścia norm) albo, jeśli prowadzący chce jednak prowadzić ze studentami dialog, okazuje się że nikt się nie przygotował. Nawet jakby była wejściówka wcześniej, to każdy się uczy tylko szczególików. A gdyby wejściówka jakimś trafem okazała się prosta i wymagała opisu czegoś, to nawet konkretnego i logicznego schematu studenci uczą się na pamięć. Bo w tak wielkim natłoku nauki i przemęczenia intelektualnego po prostu mało kto ma czas i siłę na logiczne rozumienie o co chodzi. Wymaga ono zbyt dużego wysiłku, większego niż zakucie. No ale przecież te normy do zakucia są ważne, nie? O to chodzi w studiach, żeby czegoś nauczyły!

No to teraz będzie kontrowersyjnie. Wiedza nie jest wartością samą w sobie. Wartością jest jej umiejętne wykorzystanie. Kierunki medyczne i biologiczne jednak stwarzają idealne miejsce bezpiecznej bańki, gdzie nikt nie wymaga od nikogo logicznego myślenia. Sprawdzanie zrozumienia tematu przez studentów byłoby po prostu zbyt czasochłonne i trudne - ponieważ trzeba się nagimnastykować, by wymyślić takie zadania, które łączą wiedzę i logikę. To nie kierunki ścisłe, gdzie da się zadanie na obliczenia i student niech kombinuje, bazując na swojej wiedzy. A i tak studenci medyczni pewnie by znaleźli sposób, jak się ich nauczyć na pamięć. Świetnie widać to na maturze z biologii i tak zwanym pisaniu pod klucz. Uczniowie dosłownie zapamiętują, co klucz chce w danym zadaniu, jakie konkretne wyrażenia czy ciągi przyczynowo-skutkowe. A ten słynny klucz ma na celu tylko sprawdzenie umiejętności wyciągania wniosków, podstawy każdej dziedziny wiedzy. Jak widać umiejętność ta kuleje. Szkoły (bo nauka jej na studiach to stanowczo za daleko!) zwalają winę na system i przeładowany program nauczania. Rodzice mówią, że "ja się sam tego nauczyłem, dziecko też da radę". I tak się jakoś dzieje, że do dorosłego życia trafiają jednostki bez choćby szczypty logicznego myślenia. Co gorsza, jednostki te potem nieraz aspirują do nauczania innych jednostek. I zatacza się jeszcze kolejne błędne koło. Bezpiecznie naucza się wiedzy do zakucia, bo nawet sami nauczyciele czy wykładowcy nieraz czują się niepewni w nauczaniu logiki. A problem rośnie i rośnie. 

To tyle z dzisiejszych zażaleń na świat. Na pewno pojawią się części kolejne, zagadnienie to jest zbyt złożone by je przedstawić za jednym razem. A i ja nie chcę się dłużej dobijać, myśląc o kolejnych aspektach systemu edukacji. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dopaminowy koktajl, czyli fungus una nocte nascitur

 Odinstalowałam tiktoka!  W komentarzach możecie mi składać gratulacje.  Koniec tych dobrych wiadomości. Teraz złe (dla fanów tego medium, c...