sobota, 20 stycznia 2024

Z Pamiętnika Elfika I - Pan tu nie stał!, friendship bracelets i Ars Babciana

Pamiętacie te czasy, gdy blogi były tylko wirtualnymi pamiętnikami? W ramach hołdu tamtej erze sielskiej anielskiej postanowiłam wprowadzić tego namiastkę i tutaj. 


Salve Pamiętniczku,

by doświadczyć na własnej skórze doświadczenia życia w czasach PRL, o którym z takim rozrzewnieniem opowiadają rodzice czy dziadkowie, nie potrzeba wcale wiele. Istnieją specjalne "PRL experience", gdzie ktoś ci da oranżadę w szklanej butelce, powozi maluchem i da kartkę na cukier. Jednak no powiedzmy sobie - sztuczna imitacja nigdy nie zastąpi oryginału. Tutaj chodzi o okoliczności, nie konkretne przedmioty. I iście PRL-owskie okoliczności stały się moim udziałem całkiem niedawno. 

Lokalna galeria handlowa organizuje akcję, w której za zakupy można dostać voucher na karnety narciarskie. Niezła okazja oczywiście przyciąga tłumy zapalonych narciarzy. Nagle jakimś cudem dziesiątki ludzi nie muszą pracować i mogą od dziewiątej rano czatować na rozdawane w południe vouchery (w liczbie mocno ograniczonej!). No i tak się składa, że wśród tych szczęśliwców znalazłam się także ja. Ot, uznałam sobie że motywacja w postaci darmowego karnetu pomoże mi wstać przed jedenastą i przynajmniej spędzę ten czas w miarę produktywnie (na pewno bardziej niż uprawiając wirtualną bawełnę w Hay Day). Wybrałam się na miejsce zdarzeń odpowiednio wcześnie, ponad dwie godziny przed "vouchery rzucili!". Jednak, o zgrozo, nie byłam pierwsza. Ani nawet piętnasta. Jak przystało na kulturalnego i dobrze wychowanego człowieka, zapytałam kto jest ostatni w "kolejce" (rozpostartej majestatycznie na kilku pobliskich kanapach) i zapewniłam z pewnością ostatniego człowieka, że "to ja jestem za panem". I następne dwie godziny grzecznie siedziałam, zgłębiając się w tajniki działania hormonów steroidowych. W okolicach dwunastek "vouchery rzucili!" i uformowała się najpierw buła, która jednak elegancko, w zgodzie z obowiązującymi zasadami ustalania niepisanych numerków, ustawiła się według tego, kto kiedy przyszedł. 

I to by było wystarczająco potężne PRL experience. Ale oczywiście nie obyło się bez drugiego istotnego elementu - krętaczy i kombinatorów. Przyszedł taki jeden i usilnie próbował wszystkim wmówić, że go nie obchodzą żadne ustalenia kolejek i on tu jest, więc chce swój voucher. I to był właśnie moment, w którym na powrót odzyskałam wiarę w ludzi. Nastąpiło bowiem słuszne oburzenie, "Pan tu nie stał!" wykrzyknięte chyba z kilkadziesiąt razy i generalnie wszystko żeby delikwenta odwieść od zamiaru wyłudzenia vouchera bez kolejki. Skubany nie odpuszczał. Na szczęście, gdy przyszła "jego kolej" na odbiór vouchera, pani wydająca je uznała, że nie może mu dać wobec tak wyraźnego sprzeciwu demokratycznej większości. A ja, jakimś cudem (jako przedostatnia) załapałam się na darmowe narty. Także do zobaczenia na stoku!

Drugą rzeczą zaprzątającą ostatnio mój umysł są koraliki. Kto by pomyślał, że trzy dychy wydane na pudło koralików w Action (to nie współpraca, aczkolwiek jestem otwarta na wszelkie propozycje, zwłaszcza w temacie WINCYJ KORALIKÓW, SYSTEM WYTRZYMA!) sprawią człowiekowi taką frajdę. Po pierwsze - są one śliczne. Samo patrzenie na estetycznie posegregowane koraliki w małych pudełeczkach jest uspokajające. Po drugie - możesz z nich robić bransoletki. I umieszczać na nich wszystko, co ci wpadnie do głowy. Oczywiście pomysł ten przyszedł z piosenki Taylor - You're on your own kid. Znaczy wiadomo, za dzieciaka też się robiło bransoletki. Ale to co innego. Najlepsze jest tworzenie tekstów i wymyślanie, jaki kolor pasuje do danego hasła. Szperanie w otchłani umysłu myśląc, które hasła z piosenek są krótkie (i nie zawierają literek, które ci się skończyły), iście synestatyczne dobieranie koloru do piosenki czy słowa, czasem wymyślanie własnych haseł. Czasem grzebanie w łacińskich sentencjach. Ale poza bransoletkami z koralików można robić także zwierzaki, kwiatki i inne rzeczy, używając cienkiego drucika zamiast żyłki. To dopiero jest zabawa! Tak więc wiecie, pieniądze szczęścia nie dają. Ale koraliki - jak najbardziej. 

No i po trzecie, zapewne zastanawia was "ars babciana"? Ars to oczywiście sztuka po łacinie. Czy nawiązuję tu do masońskiej ars regia? Nie wykluczam. Ars babciana to wielowiekowa i tajemna sztuka misteryjna, przekazywana z babki na wnuczkę. Tradycja ta jest niezwykła, bowiem pozornie zapomniana zawsze się odrodzi. O czym mowa? Oczywiście o szydełkowaniu. Sama dotychczas uważałam się za wroga włóczki, ale spróbujcie, nie pożałujecie. Naprawdę niezwykłym uczuciem jest, będąc zapytanym "skąd masz taką ładną opaskę do włosów?" odpowiedź "sama zrobiłam!". A co to dopiero będzie, jak się nauczę czapki robić. Przyjaciele moi, szykujcie się - już wiecie, co dostaniecie na urodziny. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dopaminowy koktajl, czyli fungus una nocte nascitur

 Odinstalowałam tiktoka!  W komentarzach możecie mi składać gratulacje.  Koniec tych dobrych wiadomości. Teraz złe (dla fanów tego medium, c...